Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce. Zamknij

Jesteś tutaj: Start / Wspomnienia gości

Wspomnienia gości

  • Drukuj zawartość bieżącej strony
  • Zapisz tekst bieżącej strony do PDF

Artykuły

Wspomnienia z Dąbka

Każdy człowiek jest indywidualnością, dlatego też w różny sposób postrzega pewne zdarzenia, których opisy pozornie powinny być takie same. Na ogół widzi się to, co się chce zobaczyć - stąd moje wspomnienia są właśnie takie.

W Dąbku byłem już drugi raz. Nigdy wcześniej, gdy byłem w bardziej używalnym stanie, nie wyjeżdżałem na żadne wczasy. Gdy studiowałem, na wakacjach starałem się zarobić trochę pieniędzy. Po studiach, gdy pracowałem, urlop starałem się wykorzystać na realizację planów wynikających z potrzeb bytowych rodziny. Jako osoba z pewnością mało zaradna, pomimo względnie dobrze płatnej pracy, nigdy nie miałem żadnych nadwyżek finansowych, aby gdzieś pofrunąć... a teraz wiadomo: kura nie orzeł, nie poleci...

Gdy już się nieco zużyłem, "opieka społeczna" umieściła mnie w Krajowym Ośrodku Mieszkalno - Rehabilitacyjnym dla Osób Chorych na SM w Dąbku (oczywiście na mój wniosek).

Nie będę opisywał rehabilitacji, bo wiadomo, że jest profesjonalna i kompleksowa. Czasami pewne zabiegi budzą obawy niektórych mieszkańców - mój jeden znajomy nie chciał jeździć na koniku ponieważ uważał, iż z paru jazd pożytek dla jego zdrowia będzie z pewnością niewielki, a jak spadnie i np.: złamie nogę lub kręgosłup... Wszystkie zapatrywania traktowane są przez personel z pełnym zrozumieniem.... i pomimo braku zasadności takich lęków nikt nikogo na siłę nie uszczęśliwia.

Podczas mojego pierwszego pobytu w Ośrodku dużo czasu zajęło mi przystosowywanie się do realiów jakie tu zastałem. Teraz nie traciłem już czasu na rozmyślania. Nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki, czas bezpowrotnie ucieka...

Pierwszego dnia mojego pobytu zająłem się kompletowaniem czterech do brydża. Na drugi dzień już mogliśmy w komplecie umawiać się na roberka. To był wtorek i na tablicy ogłoszeń zauważyłem miłą zapowiedź wieczorku powitalnego dla nowo przybyłych. Wspólnie z poznanymi na spotkaniu z dyrektorem koleżankami, poszedłem dać się witać. Razem z nami poszedł nasz nowy kolega do brydża, który już jakiś czas tu mieszkał. On najbardziej był zdziwiony naszymi oczekiwaniami - spodziewaliśmy się transparentu z napisem: `WITAMY NOWO PRZYBYŁYCH', dzieci z kwiatami i wesołej muzyki, poprawiającej nastrój. Widać było jak targały nim wewnętrzne sprzeczności i niepokoje. Ja wiem, że najlepsze zabawy są bez alkoholu, można przecież wspaniale bawić się, można cudownie, zdrowo spędzać czas, ... można, tylko po co? Odrobina szampana sprawi, iż każde spotkanie staje się bardziej wytworne, uroczyste i wzniosłe, a kawa z koniakiem znacznie lepiej smakuje niż bez.

Poimo, że niezupełnie było tak jak spodziewaliśmy się, ten wieczór minął nam bardzo miło.

We wszystkie czwartki żegnaliśmy wyjeżdżających, a we wtorki witaliśmy nowo przybyłych. Wieczorami graliśmy w brydża, w dzień chodziliśmy na spacery do parku patrzeć na kwiaty, liście i pawie, które szczególnie przed deszczem, właziły na kilkunastometrowego klona, gdzie czasami nocowały. Rankiem tajemniczo pokrzykując, egzotycznie oznajmiały swym szczególnym śpiewem nadejście nowego dnia.

W czasie mojego pobytu wypadła czwarta rocznica ośrodka. Nastrój tego dnia był podniosły i uroczysty a różne imprezy sportowe urozmaicały plan dnia. Wieczorem było ognisko z udziałem przybyłych z tej okazji gości, także z bogatym programem rozrywkowym.

Tym razem w czasie pobytu w ośrodku mieszkałem w apartamencie z łazienką i balkonem w związku z czym mogłem się czuć zupełnie niezależnie, a poczucie wolności i swobody kapitalnie poprawiło nastrój, wpływając na doskonały odpoczynek od codzienności.

Wraz z upływem czasu zmienił się skład czwórki do brydża, co przy stałym wzroście poziomu gry umożliwiło mi przypomnienie sobie prawie wszystkiego, czego kiedyś się nauczyłem. Dzięki temu treningowi może będę grał dalej, już w codziennych realiach...

Cały pobyt wspominam bardzo miło, tak jak i tych, z którymi się zaprzyjaźniłem w trakcie trwania mojego turnusu rehabilitacyjnego. Dzięki pracownikom ośrodka i ich wspaniałej pracy dla nas, pomimo drobnych, "przejściowych" problemów ze zdrowiem można było otrzymać od życia taki piękny prezent... jakim były te wczasy.

Wiktor Ilwicki

8 listopada 1998

NIE BÓJMY SIĘ ŚWIĄT W DĄBKU

Dostałem zaproszenie do Dąbka na 7 grudnia i wpadłem w lekkie przerażenie. ŚWIĘTA po raz pierwszy poza domem? Bez żony, mamy już nie mówiąc o psie i kocie? Wykonałem kilka rozpaczliwych maili do tych co już byli w Dąbku i przekonali mnie oni, że teraz nastały ciężkie czasy dla Ośrodka, nie wiadomo co będzie w przyszłym roku i że nie jest tam tak źle.

Krótko mówiąc pojechałem. Decyzja, aczkolwiek trochę wymuszona przez okoliczności okazała się szczęśliwa. Ci, którzy odłożyli swój przyjazd niech żałują, bo drugi raz taka okazja może się nie powtórzyć. Wszyscy w Ośrodku zadbali o świąteczną i rodzinną atmosferę. Były wspaniałe dekoracje, specjalnie przystrojony stół, zestawiony w podkowę, no i oczywiście jedzenie, którego niejeden mógłby pozazdrościć w swoim własnym domu. Widziałem wiele łez i wiele wzruszenia nawet u tych, którym trudno przychodzi okazywanie uczuć.

Wszystko to zakończone uroczystą Pasterką, na której zgodnie śpiewali i ci, którzy nie zaniedbywali codziennego różańca, jak i ci "mniej gorliwi w wierze".

Przed Świętami było też wydarzenie z gatunku "z wizytą u was". Na zaproszenie Dyrekcji zaszczyciła nas swoją wizytą pani Ludgarda Buzek. Myślę, że było to mądre posunięcie, bo taka osoba, chociaż sama niewiele może pomóc Dąbkowi i naszemu środowisku to jednak jej obecność wymusza uczestnictwo różnych "ważnych" ludzi poczynając od podsekretarza stanu z Ministerstwa Pracy i Opieki Społecznej do miejscowych notabli, posłów itp.

Pani prof. Buzkowa okazała się bardzo sympatyczną, nie zmanierowaną panią i autentycznie się wzruszyła słuchając wiersza jednej z chorych i widząc nasz los.

Kiedy niżej podpisany przedstawił jej niepokoje nurtujące chorych i dyrekcję w związku ze zbliżającą się reformą administracyjną kraju łzy dość szybko obeschły. Ponieważ byłem lepiej przygotowany więc nie dałem się zagadać i wyłożyłem wszystko do końca jak trzeba. Wszyscy mi gratulowali więc może udało się zrobić coś pożytecznego. Na końcu miły akcent - prośba chorych o patronat pani profesor nad ośrodkiem i wspólna kolęda. Co do patronatu to oczywiście decyzja nie zapadła, ale w świetle zbliżających się wyborów byłbym w tej sprawie umiarkowanym optymistą.

Ze Świąt oczywiście trzeba odnotować szalonego Sylwestra. Szampan lał się strumieniami (trochę przesadzam - byliśmy trzeźwi jak przysłowiowe świnki). Okazuje się, że można w dobrym towarzystwie i przy wzajemnej życzliwości bawić się znakomicie. Basia - nasza specjalistka od zajęć kulturalno-rozrywkowych starała się jak mogła i tańczyliśmy, jak kto mógł do upadłego. Oczywiście nawet, jak kto upadł, to nic złego się nie stało.

Z godnych odnotowania rozrywek był jeszcze kulig przy 18-stopniowym mrozie i bal karnawałowy, który jednak zabawom sylwestrowym nie dorósł nawet do pięt.

Gdyby ktoś odniósł wrażenie, że tylko to zdarzyło się podczas 8-tygodniowego pobytu to oczywiście jest w błędzie. Była normalna rehabilitacja (z małymi dziurami w Święta i w okolicach Sylwestra), działało kółko różańcowe i brydżowe oraz towarzystwo miłośników pieśni chóralnych, które to pieśni wspaniale wzmacniają mięśnie przepony i mają niebagatelny wpływ na poprawę oddychania. O walorach artystycznych tych produkcji wolałbym się nie wypowiadać, ponieważ dysponuję słuchem muzycznym. Najważniejsze jednak, że było wesoło.

Jeśli chodzi o rehabilitację, to miałem zajęcia z Leszkiem i Dorotką i nic lepszego nie mogło mnie spotkać. Obsługa pozostałych osób była jak zwykle bardzo dobra, chociaż odradzam chorowanie w czasie weekendu. Niestety pod koniec pobytu dosięgnął nas paskudny wirus grypy, ale tego nie można uniknąć nigdzie.

Na koniec chciałbym podziękować wszystkim, z którymi miałem szczęście spędzić czas w tym zaczarowanym miejscu jakim jest Dąbek. Spotkałem tam całą masę dobrych i życzliwych ludzi. Wielu, a właściwie większość z nich pozostawiło w swoich domach problemy, które ich przerastały i powodowały stresy i depresje. Tutaj w ośrodku osoby te potrafiły jednak zdobyć się na uśmiech, życzliwość i pomoc tym, którzy jej potrzebowali jeszcze bardziej niż oni sami.

Włodzimierz Pniewski

1 lutego 1999

Wspomnienia z Dąbka 2

Kilkutygodniowy pobyt w Dąbku połączony z codzienną i różnorodną rehabilitacją najczęściej hamuje (przynajmniej okresowo) postęp choroby dając jednym szansę kontynuowania pracy, od innych odsuwając perspektywę umieszczenia w domach opieki społecznej dla przewlekle chorych, ponieważ odzyskują elementarną możliwość samoobsługi i z niewielką pomocą otoczenia mogą funkcjonować w swoich domach.

W obu przypadkach stanowi to oczywistą korzyść ekonomiczną. Zmniejsza się liczba rencistów, odciążone są domy opieki społecznej, a bilans powinien wykazać, że Ośrodek w Dąbku w dużym stopniu utrzymuje się sam.

Przyczynia się do tego również gospodarność widoczna w każdym rozwiązaniu.
Liczba personelu i stanowisk pracy wydaje się być ograniczona do niezbędnych a jednocześnie zaspokaja potrzeby 52 osób niepełnosprawnych; posiłki są urozmaicone, bogate w jarzyny, surówki, a przede wszystkim smaczne, ilościowo wystarczające, estetycznie podane na naprawdę ładnej zastawie. W ramach środków takich, jak w innych domach opieki społecznej przygotowuje się świąteczny stół (Boże Narodzenie i Wielkanoc) z tradycyjnymi potrawami, kiedy podaje się także kawę, wino, ciasta w pięknie ozdobionej jadalni wystrojem przygotowanym w pracowniach terapii zajęciowej; dla dekoracji sal, aneksów i przestronnych korytarzy wykorzystywane są prace plastyczne mieszkańców.
Tutaj się nic nie marnuje.

Dąbek może być wzorem ekonomicznej racjonalności - "żadnego nadmiaru, a wszystkiego w dostatku".

Najwięcej oczekiwań skierowanych jest ku kompleksowej rehabilitacji. Tym pionem kieruje zastępca dyrektora Krzysztof Czubak. On, rehabilitanci, lekarze, pacjent we wzajemnych konsultacjach podejmują decyzje, co do ilości i jakości zabiegów. Można korzystać z:

  • ćwiczeń indywidualnych i grupowych;
  • terapii zajęciowej indywidualnej i grupowej;
  • basenu oraz tanku;
  • magnetoterapii;
  • hipoterapii;
  • jazdy na rowerach i meleksach;
  • warsztatów terapii zajęciowej;
  • organizowane są wycieczki (Warszawa, Mława, Ciechanów);
  • codzienne spotkania towarzyskie w tzw. Dworku, gdzie znajduje się biblioteka, nagrania muzyczne i tekstów literackich dla osób ze znacznie osłabionym wzrokiem lub niedostatkami słuchu.

To wszystko łącznie stanowi rehabilitację, podczas której rehabilitanci mozolnie usprawniają przykurczone, spastyczne mięśnie, usiłują poprawić zniekształcenia układu kostnego, eliminować zaburzenia równowagi. Inni terapeuci aktywizują kontakty społeczne.

W tym kontekście ważna jest opieka psychologiczna pełniona przez Bożenę Cęcelewską, bowiem psycholog integruje wciąż zmieniające się środowisko chorych, łagodzi stresy, pomaga wydobyć się z apatii, podsuwa i skłania do samodzielnego rozwiązywania trudnych sytuacji życiowych. Wraz z pacjentem w atmosferze osobistego zainteresowania przekonuje o konieczności wysiłku, jego celowości, pokazuje możliwości samodzielnego działania, przełamania bierności, wzmaga poczucie wartości niepełnosprawnego pacjenta, buduje niezbędną motywację wysiłku, bowiem często ogarnia nas zniechęcenie.

Połączenie w/w działań z funkcjonowaniem Działu Świadczeń Opiekuńczych (kierowanym przez Panią Teresę Pacyk) decyduje o komforcie pobytu chorych. Pracownicy tego działu stanowią niejako pierwszą linię frontu, który przejmuje pacjentów od momentu przyjazdu do ostatniej chwili pobytu. Uzyskują oni wszechstronną opiekę w zakresie potrzeb bio-psycho-społecznych. Dyplomowane pielęgniarki - opiekunki w codziennym kontakcie wspomagają funkcjonowanie osoby niepełnosprawnej - gdy trzeba karmią, ubierają, myją, czeszą, dbają o ład w pokoju, porządkują odzież, bieliznę oraz inne rzeczy osobiste. Wykonują zabiegi medyczne, dbają o terminowe podawanie leków.

Pokojowe zapewniają higienę i czystość pomieszczeń. Za sprawność urządzeń technicznych, sprzętu rehabilitacyjnego, ortopedycznego odpowiadają konserwatorzy. W Ośrodku można uzyskać informacje dotyczące należnych chorym na SM świadczeń zdrowotnych, socjalnych, a także porady prawne.

Znamienną cechą postawy wszystkich pracowników tutejszego Ośrodka od dyrektora począwszy na konserwatorach i kierowcy skończywszy jest gotowość niesienia pomocy choremu, którego przypadłości (nawet natury fizjologicznej) nie budzą zdziwienia ani niechęci. Obsługę spełnia się profesjonalnie, kulturalnie i życzliwie, szybko, dokładnie i z uśmiechem.

Do tego:

"perełka" odrestaurowanego dworku ziemiańskiego ze stylowymi wnętrzami, gdzie toczy się życie towarzyskie SM-owców - dziwaczne figury, które rozmawiają, dowcipkują, śmieją się całkiem szczerze wyzwolone z samotności choroby. Organizuje to ładna, młoda dziewczyna (Barbara Fabisiak) - dalej - jakby "oficyny" z pokojami chorych, z salami rehabilitacyjnymi, basenem, gustownymi aneksami, z kolorowymi telewizorami, zadbanym, dużym akwarium.

Wszystko to osadzone na przestrzeni kilku dziesięciu tysięcy metrów kw., zielonych, przystrzyżonych trawników pociętych alejkami z równo ułożonych kostek, na których trudno się potknąć. Ale gdy utrudzony "kilkunastometrową" podróżą chory chce odpocząć, ma do dyspozycji liczne altanki z ławkami pośród drzew. Zdrowsi mogą korzystać z boisk. Pejzaż prosto z "Pana Tadeusza". Nie zapomniano o naturalnych akcentach, jak to: trzy aroganckie pawie, skrzeczące papugi i koń na wybiegu, ponadnormatywny, wieczorny rechot żab.

Dyrektor Ośrodka, który uczestniczył w jego powstawaniu, podejmował zapewne zasadnicze decyzje, a wśród tego personalne, miał szczęśliwą rękę. Ów teren bez barier, dostosowany do naszych potrzeb psycho-fizycznych, sprzyja chorym w tym stopniu, że podejmują próby tworzenia: malują, piszą poezję, wytwarzają ozdoby metodą makramy, była tu też śpiewaczka, którą SM cofnął z progu kariery.

Świadczy to najdobitniej, iż niepełnosprawny znajduje tu warunki przywracające mu podmiotowość człowieka. Trzeba aż tyle i tylko tyle, byśmy dźwignęli się z niemocy.

I na koniec sprawa może najtrudniejsza do wyartykułowania, ale konieczna, spajająca elementy tego prawie sielankowego obrazu. Obydwaj dyrektorzy wzajem z właściwym dystansem, niezbędnym do spełniania ról administracyjnych i jednocześnie bezpośredni, pogodni w kontakcie z pacjentem zdają się być nierozerwalnie związani z biegiem życia tej państwowej przecież instytucji.
Obydwaj "trzymają wszystko w ręku": personel, majątek i pacjentów. Ci ostatni mają odpoczywać, rehabilitować się, odzyskiwać dobry nastrój - co czynią.
Jednocześnie to dyrektorzy chyba wpływają na postawy personelu tak, że sprawia on wrażenie, jakby praca z ludźmi niepełnosprawnymi, pomaganie im, rozmowy o ich problemach były akurat treściami szczególnie ich interesującymi. To ewolucja w duchu europejskim. Sądzimy zatem, oczekujemy i domagamy się istnienia tego Ośrodka dla chorych na SM w takim lub lepszym stanie, na takim poziomie, z takim kierownictwem i personelem.

Nie jesteśmy tylko roszczeniowi. Większość z nas pracowała kilka, kilkanaście lub kilkadziesiąt lat współtworząc fundusz ZUS-u. Byliśmy lekarzami, artystami, robotnikami, nauczycielami, pielęgniarkami, pracownikami biur itp.
Troska o nas jest wizytówką cywilizacji i humanitaryzmu społeczeństwa schyłku wieku XX. Przyjeżdżamy do Dąbka z nadzieją, przebywamy tu odzyskując nieco energii, poczucie godności i sensu życia, odjeżdżamy niechętnie , z myślą o rychłym powrocie do małego Soplicowa.

A na początku była Joanna Staręga - Piasek, która pochyliła się ze współodczuwaniem nad losem ludzi złamanych okrutnym wyrokiem podstępnej choroby i gestem ministerialnego decydenta powołała do życia Dąbek i tym samym nas do życia przywróciła. Nie znajdę słów, by powiedzieć, jakie to ważne. Kto zmarnowałby tę szlachetną inicjatywę odbierałby zastępom ludzi pokrzywdzonych - życie. A zatem byłby tylko pętlą na szyi skazańca.
Napisałam to co wyżej, bo dzięki pobytowi w Dąbku, znowu mogę pisać.

Bożenna Staniecka

5 maja 1999